Raz w wozie, raz w nawozie- Bałkany (II)

Witajcie!




Nie wszystkie autostopowe wyprawy są udane. Ważnym jest by jednak nie poddawać się i brnąć dalej do celu. Do pewnego momentu.


Nie zwiedzaliśmy Zagrzebia, miasto było dla nas jedynie przystankiem na sen i prysznic. Rankiem pełni nadziei ruszyliśmy na Zadar. Los się do nas chwilowo uśmiechnął, po dotarciu na wylotówkę zapytałam pierwszą lepszą kobietkę, czy jedzie w stronę Zadaru. Z chęcią nas zabrała i przez 4 h jechaliśmy podziwiając piękne widoki. Zostawiono nas na stacji przed zjazdem na Zadar, położonym w malowniczych górach. Po sfotografowaniu pięknej przyrody i odsapnięciu "zaatakowaliśmy" auto na czeskich blachach, pytając czy nie jedzie na Split. Myśleliśmy, że kierowca jest Czechem, o azjatyckich korzeniach- jak się okazało Hoon pochodził z Południowej Korei, był na wakacjach wypożyczonym autem i nigdy nie słyszał o autostopie. Z chęcią nas zabrał, do Zadaru na lunch i szybkie zwiedzanie centrum miasta, a potem do Splitu.








Gdy tylko ujrzałam upragnioną, błękitną wodę miałam ochotę wskoczyć w ubraniach do niej z molo, ale wiedziałam, że Hoon niechętnie by przyjął mokrą kurę do samochodu. W Splicie poznaliśmy dwie Polki, które jak my jechały do Makarskiej. Rozstaliśmy się z Hoonem, a następnie uciekliśmy na wylotówkę w stronę Makarskiej. 2h szybciej zaczęliśmy łapać stopa od spotkanych kompanek i wiecie co? Nie mogliśmy się wydostać. Kompan chciał iść dalej, dalej, dalej, aż w końcu poszliśmy za daleko. Zrezygnowani pojechaliśmy busem do wsi obok, gdzie kontynuowaliśmy podróż. Zmęczeni, ok 23 dojechaliśmy do Makarskiej, udało nam się odnaleźć dziewczyny, które od kilku godzin zwiedzały miasto i popijały wesoło browary.





Noc była ciepła, więc nie czekając na Kompana, w bieliźnie wskoczyłam do wody rozkoszując się pięknym niebem usianym gwiazdami. Co jakiś czas wypływałam na brzeg, po łyk wina. Ok 2 w nocy zdarzyła się katastrofa. Zaczęliśmy się zwijać z plaży w celu poszukiwania dogodnego noclegu, idąc kamienistą drogą, w górę, po ciemku sięgałam po latarkę. Dzierżąc ją w dłoni potknęłam się, rozwalając kolana, stopę i światełko nadziei. Rana na prawej nodze była paskudna, urwiąc pod nosem dałam się opatrzyć, a następnie rozbiliśmy namioty. Wczesnym rankiem obudził mnie klakson (i niesamowity widok dookoła), pewien Chorwat ostrzegł nas, że policja tutaj patroluje, obudziłam ludzi i zaczęliśmy się zwijać. Policja natknęła się na nas w momencie, gdy wyglądaliśmy jakbyśmy dopiero co przyszli. Powiedzieliśmy im, że chcieliśmy wysuszyć rzeczy (dziewczyny miały mokre toboły po powrocie ze Słowenii), zapytaliśmy o jakiś kemping bo jesteśmy tu pierwszy raz, a ja z kulawą nogą podpytałam o opatrunek. Panowie nam odpuścili.


Ze względu na ranę, nie mogłam pływać, Kompan też nie chciał. Bolało mnie to niesamowicie ponieważ uznałam plażę Makarską idealną do orczenia na mej pięknej orce. Masywne góry w tle, kamienista plaża, klify, wyspy, ukochana turkusowa woda... Postanowiliśmy dostać się, tak jak dziewczyny do Parku Kravica, a następnie uderzyć na Mostar. 




 Nic z tego nie wyszło, ponownie utykaliśmy na kilka godzin, na autostradzie, w tym będąc 15 min autem od wodospadów, zrezygnowani postanowiliśmy jechać na Dubrownik, co było trafną decyzją. Dotarliśmy do miasta, gdy się ściemniało. Mury średniowiecznego miasta zrobiły na mnie wrażenie (nie takie jak Kotor, o którym za chwilę opowiem).

Opuszczony hotel na Kupari
Około północy dotarliśmy do miejsca noclegu- opuszczonych hoteli w Kupari. Wybrany przez nas nocleg nie był trafny, Kompan pomylił wejścia i spaliśmy po niewłaściwej stronie hotelu na dachu. Całą noc wiatr głośno hałasował, przez co budziłam się wyrwana z koszmaru co godzinę. Rano obudził mnie kolejny niesamowity widok. Poopalałam się troszkę na plaży, wysuszyłam ubrania. Po kilku godzinach cudownego leniuchowania ruszyliśmy dalej.




Autostop szedł dość gładko, szybko znaleźliśmy się w Kotorze, gdzie spaliśmy w zarezerwowanym hostelu. Jakoś od 6 rano do 12-stej zwiedzaliśmy średniowieczne, portowe miasteczko. Jeśli kiedykolwiek wrócę do Czarnogóry, to jestem pewna, że nie odpuszczę cudownej wspinaczki na fort. Pożywieni burkiem kontynuowaliśmy podróż do  Baru...








Do następnego!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz