Raz w wozie, raz w nawozie- na Bałkany! (I)

Witajcie!


Nie wszystkie autostopowe wyprawy są udane. Ważnym jest by jednak nie poddawać się i brnąć dalej do celu. Do pewnego momentu.
14 lipca 2018, spakowana, optymistycznie nastawiona wraz z Kompanem opuściłam Toruń. Było brzydko, padało i przez 5h nic nie mogliśmy złapać. Mimo mojej magicznej czapki wiedźmy- nic a nic. No ale trudno, z trudem przejechaliśmy Łodź, utykając tam na jakieś 3 godzinki. Wieczorem dojechaliśmy przed, albo za Katowice, gdzie spaliśmy za stacją benzynową (ach ta pamięć).






Obudził nas nowy dzień, spokój, cisza i brak bagiet rządnych wstawienia nam mandatu. Spakowani ruszyliśmy na dalsze auto-łowy. Udało nam się zajechać z zacieszem na japach do Cieszyna.  Podreptaliśmy po miasteczku, zrobiliśmy drobne zakupy na Czechach, a potem machnęłam. I zatrzymałam autko. Z kompanem bardzo chcieliśmy tego samego dnia wylądować w Budapeszcie. Liczyliśmy, że się uda, ale się przeliczyliśmy. Czy żałuje? Nie. Utykaliśmy ponownie na 2-3 godzinki. Owszem, byłam lekko zdenerwowana, ale z drugiej strony- Słowacja jest ładna, a nam się jakoś szczególnie nie śpieszyło. W dodatku po kolejnych godzinach machania pewne grupa  Słowaków postanowiła nas podrzucić kawałek dalej pod warunkiem, że pójdziemy na piwo i zboczymy trochę z trasy. Pięknie co nie? Pod koniec  zrobiliśmy sobie zdjęcie.
Kiedy pijaństwa nadszedł kres nasi kamraci zabrali nas dalej. Nie pamiętam, skąd dokąd zostaliśmy podwiezieni, ale pamiętam, noc.  McDonalda na stacji czynnego do 23:00 oraz dwie małe kawy, które ze smutkiem chłeptaliśmy myśląc, jak bardzo jesteśmy w czarnej D. Wtedy zjawił się on. Samochód z polską rejestracją. Otworzył szybę i machnął do nas głową. Nasz wybawca. Polak jadący do swojego domu, Budapesztu.


 W Budapeszcie wylądowaliśmy ok 3 w nocy, próbowaliśmy znaleźć jakiś hostel, ale było trudno. Zrezygnowani postanowiliśmy iść spać na Wyspę Św. Małgorzaty. Kompan trochę pospał, a ja momentami miałam mini zawały, których sprawcami okazały się jeże- te małe, słodkie, kolczaste tuptajki.





Budapeszt jest przepiękny. Widzieliśmy tylko maleńki procent tego miasta. Staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej, lecz nasze zmęczenie i nieprzespana noc dawały się we znaki . Udało nam się dostać na wylotówkę, gdzie utknęliśmy na dwie godziny, trzy albo i więcej. W końcu wpadliśmy na pomysł aby napisać Balaton. Od razu zatrzymał się sympatyczny Węgier rozmawiający po niemiecku. Zabrał nas ponad 200km dalej. Gdy tylko wysiedliśmy z auta zostaliśmy "zaatakowani" przez autostopowiczkę z Niemiec. Razem z koleżanką dramatyzowały, bo od godziny nic nie mogły złapać. Niewzruszeni, pożegnaliśmy się z naszym kierowcą. Zostało nam niewiele kilometrów do Zagrzebia więc byliśmy dobrej myśli. Byliśmy. Przez 5h godzin tkwiliśmy, jak się okazało na przed ostatniej stacji przed granicą.




Naszym wybawieniem była kobieta, która jechała do Słowenii. Postanowiliśmy ruszyć z nią, zostawiła nas na stacji, gdzie można było kupić winiety. Rozbiliśmy nasz namiocik na trawce i mając wywalone poszliśmy spać. Porankiem, odświeżeni z nadzieją na lepszy dzień łapaliśmy stopa do Mariboru. Szło elegancko. Polubiłam Słoweńców, autostop szedł nam bajecznie, mimo, że zostawiano nas w interesujących miejscach. 




Cieszyłam się jak dziecko mogą tuptać odrobinkę po mieście, na luzie. Po paru ładnych godzinach ruszyliśmy dalej- autobusem do Zagrzebia. W ten oto sposób zawitaliśmy na ziemi chorwackiej, usianej cykadami. Byliśmy coraz bliżej tajemniczej Albanii..
Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz