Podsumowanie, Wolin i Wdzydze Kiszewskie.

Witajcie!


Czas przedstawić wam ostatni etap mojej podróży, czyli Wolin. W czasie wielkiej wędrówki ludów teren ten zasiedlili Słowianie.



"Wraz z początkiem wielkiej wędrówki ludów (IV–VI w. n.e.) na wyspę Wolin zaczęli docierać Słowianie. Obszar Wolina i okolic stanowił szczególnie korzystne miejsce dla rozwoju osadnictwa. Sąsiedztwo Morza Bałtyckiego oraz szlaki handlowe przechodzące przez te obszary ogólnie sprzyjały rozwojowi. Na tym terenie wykształciło się plemię Wolinian. Najstarsza informacja o Wolinianach (Veluzani) pochodzi z połowy IX w. Zamieszczona została ona w relacji zwanej Geografem Bawarskim. Według jej autora plemię posiadało siedemdziesiąt grodów, co czyniło je jednym z największych wśród plemion zamieszkujących dorzecza Odry i Wisły. Ich państwo plemienne obejmowało więc obszar około 1,2 tysiąca km². Badania archeologiczne potwierdziły dotychczas istnienie na tych terenach ponad sześciuset punktów osadniczych, pochodzących z okresu od VI do XII stulecia, w tym około dwudziestu grodów. Centralnym grodem plemienia był Wolin. Początkowo niewielka osada, powstała na przełomie VIII i IX wieku w najwęższym punkcie Dziwny, obok przeprawy łączącej wyspę z lądem stałym. Dzięki swojemu dogodnemu usytuowaniu przy szlakach handlowych oraz przy szlaku wodnym, łączącym ujście Odry z Bałtykiem, gród szybko się rozwijał.


W przeciągu kolejnych dziesięcioleci Wolin stał się nie tylko prężnym centrum handlowym, ale także jednym z najbogatszych portów w tej części Europy. Sława jego docierała także poza granice ówczesnej Europy. Arabski kronikarz Ibrahim ibn Jakub, opisujący około połowy lat 60. X wieku kraje Słowian Zachodnich, wspominał o potężnym mieście nad Bałtykiem, które miało dwanaście bram. Inny arabski geograf i podróżnik Ibn Said al-Garnati (II poł. XIII w.) pisał o grodzie Lujanija (Wolin), gdzie znajdował się wielki port, najpiękniejszy na Bałtyku, stanowiący cel podróży wielu statków. Losy Wolinian szybko splotły się z losami powstającego państwa Mieszka I, którego celem było między innymi przyłączenie do swej monarchii terenów położonych u ujścia Odry. W roku 967 Wolinianie wraz z niemieckim banitą Wichmanem stoczyli bitwę z wojskami Mieszka I, wspieranymi przez posiłki jego teścia – Bolesława I Srogiego, księcia czeskiego. W wyniku tego starcia strona polska odniosła zwycięstwo, a sam Wichman zginął. Bitwa ta jest pierwszym udokumentowanym źródłowo sukcesem oręża polskiego. Nie oznaczała ona jednak zdobycia samego Wolina. Walki o całe Pomorze Zachodnie dopiero się rozpoczynały. Do około 972 roku udało się Mieszkowi opanować ostatecznie ujście Odry. Nie można jednak przesądzić, czy Wolin również włączony został bezpośrednio w granice monarchii wczesnopiastowskiej. Być może Mieszko objął nad nim jedynie luźne zwierzchnictwo. Pod koniec wieku X miasto prowadziło jednak niezależną politykę. W tym okresie król duński Harald Sinozęby, wypędzony z kraju przez swego syna Swena Widłobrodego, swych ostatnich dni dożywał właśnie w Wolinie, gdzie zmarł w 987 roku.

W roku 1007 Wolinianie wysłali samodzielnie poselstwo do króla niemieckiego Henryka II. Ostatecznie około roku 1007 doszło do obalenia władzy polskiej na terenie całej zachodniej części Pomorza. Okres walk z Mieszkiem I oraz późniejszej, ewentualnej zwierzchności Piastów nie przyczyniły się jednak znacząco do upadku samego Wolina. Miasto nadal imponowało ówczesnym podróżnikom swoją wielkością i bogactwem. Dzięki swemu trzystumetrowemu nabrzeżu portowemu, był to wówczas największy port na Bałtyku. Wolin zamieszkiwało około ośmiu-dziesięciu tysięcy ludzi. Dla porównania wczesnośredniowieczne Gniezno czy Poznań zamieszkiwało po około czterech tysięcy ludzi."


Cytatem z niezastąpionej Wikipedii chciałam wam przedstawić fragment historii Wolina. Polecam również film dokumentalny "Miasto Zatopionych Bogów".

Na Wolinie spędziłam cudowne chwile od czwartku, do niedzieli. Jakoś tak wyszło, że drużyna, która uratowała mi tyłek, biorąc na Wolin przyjęła moją kandydaturę na członka. Starałam się jako tako pomagać. Korzystając z tego, że zostało mi trochę złota w portfelu zakupiłam dwie igły naalbindingowe, dwa wisiory z wolińskim Świętowitem, cudowną wełnę od Korkontii, koraliki oraz broszkę do płaszcza. Jako niewolna koralików, broszy i nowej fibuli za szybko nie ponoszę, ale to poczeka. 

Dużo osób mi mówiło, że Wolin to drożyzna i dlatego nie chce im się jechać, ale warto. Klimat jest świetny, repertuar ciekawy (nie widziałam połowy atrakcji, nie wiem jak to się stało). Drużynę polubiłam i mam nadzieję, że  będzie nam się dobrze razem działało mimo odległości (z Chełmży do Olsztyna trochę jest...). Spotkałam starego znajomego i jego dziewczynę, którzy razem zajmują się sokolnictwem. W piątek był marsz do miasteczka i na spontana zaproponowano mi zabranie płomykówki. Nie mogłam przegapić takiej okazji, pognałam do obozu z Laurą, a potem biegłam z sową na rękawicy prosząc o przepuszczenie. Marsz się zaczął bez nas i trzeba było znaleźć naszych. Luna nawet się nie przejęła tym, że biegnę. Kręciła łepkiem na boki i czyściła piórka. Pobyt  z tą parą sokolników zainspirował mnie do zostania również sokolnikiem, może nie teraz, ale za kilka lat, kiedy uznam, że widziałam dość świata.

Kamień dedykowany Świętosławie, rzekomej córce Mieszka I.

Świątynia.


Nie wiem, co jeszcze mogę napisać, o moim pobycie na Wolinie. Na pewno wrócę na ten festiwal ponownie, prędzej czy później. Zdjęć nie mam za wiele, miałam lenia i nie chciało mi się korzystać z telefonu, dopiero w niedziele przed pójściem na pociąg porobiłam fotek na pamiątkę. Miałam szczęście spotkać koleżankę z dawnej, licealnej klasy, która była na Wolinie cały czas! Nie spotkałyśmy się ani razu, miała mój niepoprawny numer telefonu. Byłam naprawdę zaskoczona tym, że się nie widziałyśmy. Wracać chociaż mogłyśmy razem, nauczyłam ją podstaw naalbindingu.


Kolejne tygodnie minęły mi szybko, 26 i 27 sierpnia miałam ostatnią reko imprezę, czyli "Wdzydzkie Spotkania z historią IV". Na Wdzydzach byłam lata temu, jeden z pierwszych wyjazdów. Nie chciało mi się robić zdjęć, w związku z czym nie mam nic do pokazania. Cały pobyt starałam się pomagać drużynie, nie wszystko szło gładko- jestem beznadziejna, jeśli chodzi o czuwanie nad ogniem. Może w przyszłym roku pojawi się więcej postów o wikińskich wojażach, na ziemiach polskich, które odbyłam. Ten sezon był skromny, liczę, że przyszły sezon rozpocznę z pełniejszym ekwipunkiem.


PROJEKT WIKIŃSKA SUKNIA- PODSUMOWANIE DANII


W Danii spędziłam ok 1.5 tygodnia. Odwiedziłam 5 muzeów z wystawami o wikingach:

1."Kongernes Jelling"- muzeum w miasteczku Jelling.
2." Muzeum Wikingów"- muzeum w Aarhus.
3. "Muzeum Moesgaard"- muzeum w Aarhus, w dzielnicy Moesgaard.
4. "Muzeum Łodzi Wikińskich w Roskilde"- muzeum w Roskilde.
5. "Narodowe Muzeum Danii"- muzeum w Kopenhadze

Z każdego muzeum dowiedziałam się czegoś nowego, żałuje, że zamiast do Lejre pojechałam do Kopenhagi. Mimo trudności wykonałam swój projekt w Danii, dość dobrze. Mam nadzieję, że z każdym krajem będzie lepiej.

Co do samej wyprawy... Dania moim zdaniem jest bardzo ciężkim krajem do autostopowania. Wielokrotnie spotkałam się z nieprzychylnym spojrzeniem kierowców, mimo uśmiechu. Być może ze względu na moją niepolską urodę i obecny bałagan w Danii z uchodźcami...




Poprzednio, w podsumowaniu o Rumunii i Bułgarii pisałam, że żałowałam zabrania kompanki. Byłam zrażona po tej przygodzie i do zabierania kogoś ze sobą. Będąc w Danii czułam się czasem sama, ale gdyby nie potrzeba rozmowy nie odważyłabym się zagadać do wielu ludzi. Widzę, że z każdą podróżą jestem bardziej otwarta i zmieniam się. Być może w przyszłym roku zdecyduje się zabrać gdzieś 3 osoby i podróżować w parach, może taka ilość towarzyszy będzie mi odpowiadać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz