Projekt Wikińska Suknia: Dania- Aarhus i Moesgaard

Witajcie!



W ostatnim poście opisywałam mój bajeczny pobyt w Jelling i Skagen. Teraz czas na Aarhus. Utknęłam ponownie w Sæby, tym razem na całą noc. Nie miałam szczęścia, dużo osób mnie ignorowało, przy próbie zagadywania, jakbym była bezdomna. Poczęstowana kawą próbowałam nie zasnąć. Rano polowałam na tiry i fartem złapałam rumuńskiego tira, który jechał do Vejle. Zostałam nakarmiona oraz dużą część drogi przegadałam z kierowcą o Rumunii. Wysadził mnie on na obwodnicy do Aarhus, a tam sympatyczny, starszy pan podwiózł mnie do samego centrum!  Miałam 1.5h do otwarcia upragnionego muzeum więc korzystając z okazji poszłam zwiedzić okoliczne dwa kościoły, nie urzekły mnie jakoś szczególnie.




Resztę czasu spędziłam koczując na otwarcie muzeum i wiecie co? Rozczarowałam się! Jedno, małe pomieszczenie, kilka wystaw. Nawet nie miałam gdzie wskoczyć w reko suknie, bo wszędzie dreptały człowieki.






Po skończeniu oglądania wystawy z uśmiechem na pyszczku poszłam na żer, podziwiając okoliczne budynki. Po dotarciu do Aldiego i skonsumowaniu pysznego knedla oraz buły z jogurtem zaczęłam szukać McDonalda. Moja bateria umierała, tak samo jak powerbank. Będąc w Skagen, w środku lasu dostałam wiadomość, że nie mogę jechać na Wolin, bo drużyna się wycofała, bo jarl miał wypadek. Dzięki kontaktowi do starego druha dostałam miejsce w jego drużynie i wiecie co? Poprzednia nawet nie dodała mnie do listy osób, które jadą! Gdyby nie znajomości mogłabym zapomnieć o Wolinie. W dodatku nie byłam pewna, co do tego czy moi Irlandczycy również mnie uwzględnili na liście, czekałam więc na wiadomość od jarla/dowódcy i szukałam hosta na w razie czego. Nie wszystko jest kolorowe.


Po załadowaniu sprzętu i odrobinę powerbanku (tak, nie powinnam, bo się popsuje...) ruszyłam na zakupy, a potem Moesgaard. Dostałam wiadomość, szczęśliwie, że jestem na liście. Wsiadłam w autobus i ruszyłam. Na miejscu okazało się, że czeka mnie ok. godzinna wędrówka do miejsca docelowego. Droga była leśna, więc kątem oka zerkałam, czy nie ma grzybów. Były! Pieczarki. Gdy znalazłam się w obozie uświadomiłam sobie, że teraz czeka mnie najgorsza część. Znaleźć swój obóz, kręciłam się, raz przeszłam obok chłopaków i nie skapnęłam się, że to oni. Po czasie ogarnęłam, że tak, to moje ziomki i cofnęłam się.



Po wyściskaniu towarzystwa, pogadaniu, mimo chłodu poszłam popływać. Potrzebowałam tego. Co prawda pływać umiem koślawą żabką i pieskiem, ale dałam radę. Odświeżona przysiadłam przy ognisku i rozkoszowałam się zapachem wędzonki. Uwielbiam to.



Rano, wyspana, przygotowana, po zjedzeniu śniadania postanowiłam ruszyć do muzeum i wiecie co? Polecono mi iść leśnym skrótem, po prostu iść do końca obozu i skręcić w lewo. Tylko, że obóz kończył się w innym miejscu niż przypuszczałam. Przez 2h błądziłam po lesie, zanim dotarłam do muzeum. W pewnym momencie myślałam, że jestem na miejscu, dopóki nie usłyszałam odgłosów walki.



Kiedy żmudna wędrówka dobiegła końca z radością wstąpiłam do muzeum. Muzeum "Moesgaard" jest o b ł ę d n e. Więcej animacji niż w Jelling, dobrze zorganizowane wystawy, podzielone na miejsca znalezisk, historie bohaterów, przedstawiające wikińskie tradycje (np. oddawanie włosów w darze bogom, by dziecko było zdrowe, ofiara z pieska w przesilenie letnie). Bajka! Spędziłam tam 3h, chciałam więcej, ale zbliżała się wolnym krokiem wielka walka i chciałam pomóc drużynie. W podsumowaniu dodam film, na którym pokaże wam kilka ciekawych animacji.


Potrzebuje takiej broszki.


I takich grzebyczków.


Wracając poszłam bardziej właściwą drogą i w towarzystwie dwóch Nowozelandczyków dotarłam do obozu. Na Moesgaardzie byłam od czwartku wieczora, do niedzielnego popołudnia i nic specjalnego się nie działo. Trochę tańczyłam, próbowałam śpiewać po duńsku, śpiewałam z kolegą o jednorożcach sikających na tęczę i tak jakoś czas mi zleciał...


Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz