Projekt Wikińska Suknia: Dania- Jelling i Skagen


 Witajcie!


Czas najwyższy kontynuować mój skromny projekt, w związku z czym postanowiłam ruszyć do Danii. Będąc w Irlandii odkładałam pieniądze na ten wyjazd. Wiedziałam, że impreza reko w Moesgaard i Wolin to coś, czego nie mogę ominąć, więc z wyprzedzeniem załatwiłam sobie miejsce w obozie. Polskę opuściłam 21 lipca, łapiąc stopa bezproblemowo. Przejeżdżając przez Niemcy dostałam okazję, by swoją duńską przygodę zacząć od końca. Trafiłam na grupę Polaków, którzy jechali do Flensburga. Początkowo chciałam się trzymać ustalonej trasy, pierw pojechać na wyspę Møn, Kopenhagę, Roskilde, Moesgaard, Aarhus, Skagen, Jelling i wrócić do Polski. Z racji późnej godziny i obawy, że nikt na prom o tej porze nie będzie jechał pojechałam z nimi do Flensburga. Tam panowanie zajechali specjalnie do  duńskiego miasteczka na granicy. Podreptałam do stacji, za którą było jezioro i pozwolenie na rozbicie namiotu. W ten oto sposób pierwszą noc w Danii spędziłam w Frøslev. 




Rano obudził mnie cudny widok na jezioro, oraz jakiś młody Duńczyk wydający orgazmiczne dźwięki dla jaj. Wyborne rozpoczęcie dnia. Pełna energii i nadziei na szybkie znalezienie się w Jelling, po zjedzeniu śniadanka ruszyłam zaczepiać kierowców. Szło mi topornie, dopiero późnym popołudniem złapałam kogoś, kto mnie podrzucił do Kolding. Termin na stopa wybrałam paskudny, bo dookoła same rodziny z dziećmi. Nikt nie miał miejsca! Siedząc i myśląc, gdzie tu się rozbić dostałam propozycję od Willy'ego, Rumuna, że odda mi kluczyki od tira na noc to się przekimam. Byłam ostrożna cały czas, nabrałam do niego większego zaufania gdy opowiedział o rodzinie, pogadałam z jego synkiem przez telefon, a nawet dodał mnie do znajomych na fejsie. Zostałam nakarmiona i zaopiekowano się mną jak córką, co było miłe. Cieszyłam się, że mogłam zasmakować więcej rumuńskich, domowych specjałów i ich gościnności. Rano, po pysznym śniadanku (frytki + kura), wręczeniu pocztówki z podziękowaniami po rumuńsku udałam się łapać stopa dalej. Poszło szybko, pożegnałam się z Willym i jego znajomymi i ruszyłam. Pewien starszy pan, którego imienia zapomniałam podrzucił mnie w samo centrum Jelling.


Pewnie zastanawiacie się, dlaczego Jelling jest na mojej liście? Patrząc na mapę wydaje się ono być zwykłą wioską, ale nie jest. Jelling w epoce wikingów było siedzibą pierwszych monarchów Danii. Można tu zobaczyć słynne dwa kamienie runiczne, kurchany w których prawdopodobnie pochowano Gorma Starego i jego żonę Tyrę. 


Dlaczego te kamienie są tak ważne? Otóż w mniejszym i starszym kamieniu, wzniesionym przez Gorma Starego ok. 955r pojawia się nazwa państwa: Dania- ᛏᛅᚾᛰᛅᚱᚴᛅᛣ:; w transliteracji TANMARKA(R). Pełny zapisek brzmi natomiast:  KURMR KUNUKR KARTHI KUBL THUSI AFT THURUI KUNU SINA TANMAKAR BUT, co możemy przetłumaczyć na „Król Gorm stawia ten nagrobek swojej żonie Tyrze, pani Danii”





Kolejny kamień został wzniesiony przez Haralda Sinozębnego w ok. 965r. Kamień ten jest nazywany czasem "świadectwem chrztu Danii". Czemu? W transliteracji wyryte runy brzmią :  HARALTR KUNUKR BATH KAURUA KUBL THAUSI AFT KURM FATHUR SIN AUK AFT THAURUI MUTHUR SINA, SA HARALTR IAS SAR UAN TANMAURK ALA AUK NURUIAK AUK TANI KARTHI KRISTNAco oznacza: „Król Harald zlecił postawienie tego pomnika dla Gorma, swego ojca, i Tyry, swojej matki – ten Harald, który rządził Danią i całą Nordią i który uczynił Duńczyków chrześcijanami”.  Ponad to na jeden ze stron, której nie sfotografowałam bo jestem pierdoła widnieje pierwszy wizerunek Chrystusa. Meh, ja bym wolała aby zostali przy w wierze w Odyna...









W tym kościele rzekomo odnaleziono szczątki Gorma Starego. Kościół wiele razy płonął w historii i był odbudowywany.


Teren dawnego grodziska jest naprawdę ogromny.
Po przeanalizowaniu kamieni, sfotografowaniu kościoła i zachwyceniu się kurhanami zdecydowałam się odwiedzić toaletę. I wiecie co? Gdy wyszłam padało okropnie. Schowałam się pod wikińską wiatką, dokończyłam jeść ciastka i ruszyłam na podbój muzeum. Muzeum mnie urzekło, zwłaszcza interaktywna droga do Walhalii. Cieszyłam się jak wiele animacji zostało stworzonych. Chodzenie po muzeach, gdzie mam po prostu wystawię i opis jest nudne dla mnie. 




Tą monetą Harald Sinozębny wprowadzał chrześcijaństwo. Każdy gdy otrzymał monetę z krzyżem został informowany o nowej wierze, którą przyjął król i państwo.

Palisada.



P
ożegnałam Jelling mając nadzieje, że deszcz mnie ominie. Niestety przeliczyłam się, nikt nie chciał się zatrzymać, a kropiło. Przeszłam 4-4.5km rozkoszując się duńskim, wiejskim widokiem. W oddali zobaczyłam cudowny las i wzgórze otulone mgłą. Gdy podeszłam bliżej okazało się, że to nie mgła. To był deszcz, który mnie zmoczył do suchej nitki. Dzięki dobremu sercu jednego kierowcy, a potem państwa udało mi się dotrzeć do stacji na północnym objeździe Aarhus. Tam 2h suszyłam spodnie, majtki i skarpety suszarką do rąk. Potem wylądowałam  w Alborg i utknęłam do rano. Nie miałam gdzie rozbić namiotu, a nawet otwarcie go spowodowałoby, że miałabym basen w środku. Sącząc kawę poczekałam do poranka.  Jakoś po 6 rano kierowca Henryk, dzieląc się ze mną kawusią podrzucił mnie do Saeby, tam złapałam tira do Skagen!




Okazało się, że ma żonę Polkę, dlatego mi pomógł. Zachwycając się widokami dotarłam do Skagen i wyruszyłam na poszukanie wiaty, która po godzinie szukania okazało się, że nie istnieje! Jedząc kaszkę udało mi się zlokalizować inną, w drodze sfotografowałam kościół zasypany piaskiem.



Cieszyłam się okropnie, gdy dotarłam do celu. Rozbiłam namiot, w międzyczasie gadając z Dunką Heidi i poszłam spać. Zjadłam coś ciepłego przy ognisku, pogadałam z ludźmi, a potem ponownie zasnęłam.

Rano przygotowałam się do spaceru do Grenen. Miałam do pokonania ok 10 km. Postanowiłam iść wzdłuż wybrzeża, a raczej próbowałam. Wydmy obrośnięte trawą i pola pełne wrzosów wyglądały pięknie  Gubiłam się nie raz, nie raz źle skręciłam, albo nieświadomie stawałam nogą w olbrzymim mrowisku. Ale warto było!


Po dotarciu do miasteczka i uzupełnieniu zapasów wody zaczęłam szukać drogi do Grenen, wzięłam mapkę i jakoś poszło.



I
dąc do celu ujrzałam ogromny tłum ludzi idący w tym samym kierunku co ja. Autobusy, domki kempingowe, samochody osobowe. Gdy dotarłam do plaży, myślałam, że będzie ciężko dopchać się na sam koniec, ale nie! Poszło gładko. Stanęłam jedną nogą w Bałtyku, drugą w Morzu Północnym. Napawałam się widokiem stykających fal, które zamieniały się w literę V. Rewelacyjny widok! Zrobiłam krótki spacer do Morza Północnego i brodząc o mało nie wdepłam w meduzę.



Wracałam tą samą drogą, szczęśliwa, że spełniłam swoje małe marzenie. Dreptając w wodach Kattegat zebrałam muszelkę, bursztyn i kwarc ciesząc się jak dziecko. Dotarłszy do miasta jak to ja zgubiłam się, zapominając o mapie w torbie. Pytając się jednej Dunki o drogę dostałam propozycję podwiezienia do wiatki. Ucieszona po kilku minutach dotarłam do namiotu i zaczęłam odpoczywać. Chciałam zacząć się pakować i ruszyć dalej, ale postanowiłam zostać.

Naleśnikowa Polska <3
Wieczorem, oprócz zgadywania "Jaki kraj przypomina ten naleśnik"  rozmawiałam z Mette, od której dostałam zaproszenie do jej domu, gdybym była na wyspie Mon.! Niestety moja autostopowa historia potoczyła się inaczej i z zaproszenia nie skorzystałam. Dlaczego? O tym dowiecie się w kolejnych postach.
Do usłyszenia!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz