Spełniam autostopowe marzenia: Bukareszt i Mangalia


Witajcie!




Ta piękna jaskółka na tle "Domu Ludowego" wita was jeszcze piękniej. W Bukareszcie znalazłyśmy się przypadkiem. Naprawdę, nie było w planach odwiedzenia stolicy Rumunii. Braszów opuściłyśmy o bardzo późnej porze, w dodatku usnęłam i kierowca wysadził nas na jakiejś stacji benzynowej niedaleko Bukaresztu, a kompanka nie ogarnęła. Po odpaleniu mapy google i ustaleniu gdzie ja jestem, podszedł do nas przemiły, lekko dziabnięty chłopak... Jechał szwedzko-rumuńskim busem weselnym do Bukaresztu, a następnego dnia do Konstancy i zdecydował się nas zabrać. Uradowane wpakowałyśmy plecaki. W taki oto sposób, z wesołym i podchmielonym towarzystwem dojechałyśmy do Bukaresztu. Para młoda dostała od nas pocztówki w podzięce.




Po wylądowaniu w centrum, ok. północy zaczęłyśmy się zastanawiać do dalej. Dostałyśmy propozycje spędzenia wieczoru w barze z weselną zgrają, ale ze względu na okropne zmęczenie postanowiłyśmy wydostać się na obrzeża miasta. Chciałyśmy łapać coś dalej do Konstancy, albo przespać się w krzakach niedaleko stacji. Siedząc na przystanku autobusowym i rozmyślając nad sensem życia, zapytałam pewną Rumunkę czym dotrzeć na obrzeża miasta, bo chcemy znaleźć miejsce na rozbicie namiotu.


Diana powiedziała, że jakimś tam autobusem, po czym zapytała czy napewno chcemy spać w namiocie... Zaproponowała nam pobyt u siebie, mogliśmy zostać ile chcemy. Zadowolone i zaskoczone zgodziliśmy się. Kobieta była bardzo ciekawa naszej wyprawy, gdy o niej wspominam ciepło mi się na sercu robi. Po zabraniu nas do siebie, poczęstowaniu sushi,zostawiła nam telefon dodatkowy z internetem w "Google Maps" zaznaczyła dom, a rano czekał na nas bilet na komunikacje miejską.


Po leniwym zwiedzaniu miasta wróciłyśmy do domku i przygotowałyśmy pierogi z twarogiem w podzięce. Smakowały wybornie razem z drinkiem z mlekiem i wódką orzechową. Diana była zachwycona, a my się cieszyłyśmy, że aż taką radość jej sprawiłyśmy. Po tym sympatycznym wieczorze poszłyśmy spać, a rano pokierowałyśmy się w stronę morza...


Początkowo chciałyśmy jechać do Vama Veche, myślałam, że to ładne, spokojne miejsce, a nie strefa imprezowania. Po uzyskaniu tej informacji, kierowca z którym jechałyśmy zaproponował, że możemy się zatrzymać w Mangalii. I to był strzał w dziesiątkę. Dotarłyśmy na plażę późno, chłopak, który nas podrzucił pomógł nam rozbić namiot.


Rano obudził nas piękny widok, pusta plaża i ciepłe słońce. Było tylko 19 stopni, więc nie kąpałam się w Morzu Czarnym, mimo próby. Spędziłam ten czas wylęgując się na słonku, zbierając muszelki i rozkoszując ciszą... Dopóki mewy nie darły japy, brzmiały jak kopulujący ludzie. Serio.




W Mangalii spędziłyśmy tylko dwie noce, po ostatniej opuściłyśmy Rumunię w stronę Bułgarii. Opowiem wam o tym, w następnym poście.
Do usłyszenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz