Spełniam autostopowe marzenia: Bułgaria!

Witajcie!



W poprzednim poście jaskółeczka żegnała się z Rumunią. Teraz czas na Bułgarię. Granicę przekroczyłyśmy pieszo, bo nas tak osobówka wysadziła i przez ok 2h, z resztkami wody szłyśmy do najbliżej wioski. Do Durankulaku, w którym długo łapałyśmy stopa. Ponoć ta bułgarska wioska słynie z migracji ptaków, o czym się dowiedziałam w trasie na Warnę.





Warna jest śliczna. Chociaż w sezonie jej urok musi psuć masa turystów, zwłaszcza na plaży. Cudnej, złotej plaży z turkusową wodą, zawsze chciałam taką zobaczyć. Żałowałam, że pogoda jest chłodna bo bym chętnie się pokąpała.




Do miasta przybyłyśmy późno, znalazłyśmy hosta i akurat natrafiłyśmy na spotkanie couchsurferów. Spędziłyśmy z hostem sympatyczny wieczór, skosztowałam domowego wina, które było sprzedawane w miejscu spotkania. Nie pamiętam nazwy pubu/klubu, ale tam było coś dla każdego, plac dla skateów, instrumenty muzyczne, scena, kanapy do chillowania i książki. W Irlandii byłam w podobnym miejscu, w Dublinie "The Clockwork Door". Ino tam można było pograć dodatkowo w gry, albo przynieść swój laptop oraz posiedzieć w kocyku.


Jakoś ok. południa kolejnego dnia ruszyłyśmy dopiero na podbój miasta. Koleżanka od rana zszywała plecak, więc trochę nam zeszło. Większość czasu spędziłyśmy szukając stosika z pocztówkami/magnesami zamiast zwiedzać. Żałuje, że się nie rozdzieliłyśmy, ona by poszła na pokaz delfinów, kupiła pocztówki,  ja zwiedzać ruiny term, muzea a tak czuje niedosyt. Okropny, miasto miało wiele do zaoferowania i chciałam to wykorzystać...







Z Warną pożegnałam się późnym popołudniem, z bólem w serduszku. Ruszyłyśmy na Burgas, a potem chciałyśmy się dostać na Płowdiw. Złapałyśmy w drodze na Burgas jakiś nieciekawych typków, którzy na naszych oczach przelewali paliwo z innego auta, a trasie zaczęli wyciągać jakiś biały proszek. Poprosiłam o wysadzenie nas na zatoczce. Aby było zabawniej kolejną osobą, która nas zgarnęła był policjant.



Wysadzone późnym wieczorem bezskutecznie próbowałyśmy łapać stopa. Zmęczone postanowiłyśmy rozbić namiot w krzakach niedaleko autostrady. Rano szczęśliwie złapałyśmy auto do samego Płowdiwu, gdzie zostawiono nas w centrum.

Ruiny stadionu rzymskiego.

Takie informacje o Płowdiwie znajdziemy na Wikipedii. Zakochałam się w tym mieście i żałowałam, że nie zostałam dzień dłużej. Byłam zafascynowana tym, że przechodziłam wśród tak starych zabudowań, pełnych historii.





Miał być słowiański przykuc, ale nie wyszło :(

A takie pyszności wpylałam, chałwa, baklava i cappuccino.
Siedząc w kawiarnio-cukierni "Dżumaja", będącej częścią meczetu szukałam nam hosta i znalazłam. Zostawiłyśmy  u tego uśmiechniętego 40-latka rzeczy i resztę dnia spędziłyśmy spacerując po mieście. Robiło się powoli chłodno, poszłyśmy na drinka, a potem wróciłyśmy do domu.



Wieczorem zostałyśmy ugoszczone odrobiną rakiji (afuj), omletem z serem kaszkawał i sałatką szopską. Pierwszy raz host ugotował nam coś regionalnego, czym się cieszyłam. Pogadaliśmy, pożartowaliśmy, a potem był czas na prysznic. Weszłam do łazienki i się przeraziłam, bo wyglądała na niesprzątaną wieki, w dodatku mając japonki poślizgnęłam się na podejrzanych, oślizgłych włosach leżących w różnych częściach pomieszczenia. Lekko zgorszona pomyślałam, że może nie mi ał czasu posprzątać... Dostałyśmy propozycje pójścia do pobliskiego baru, ale z racji późnej godziny i znużenia uznałyśmy, że lepiej przygotować się na jutro. 



Rano czekała nas jajecznica z wczorajszej sałatki i arian. I kot wylizujący patelnie oraz inne naczynia. Czułam się z tym dziwnie i na w razie czego przemywałam naczynia, gdy chciałam coś użyć.




Najedzone razem z hostem ponownie ruszyłyśmy na podbój miasta, pokazał nam on gdzie co jest.Wypiłyśmy coś ciepłego w "Dżumaji", zjadłyśmy trochę słodkości, a następnie zwiedzałyśmy stadion rzymski (dzień wcześniej był zamknięty), amfiteatr i muzeum etnograficzne. W dodatku wspięłyśmy się na punkt widokowy.






Kocham ludowe stroje.

Umęczone, ale szczęśliwe zrobiłyśmy zakupy i wróciłyśmy do hosta. Chciałyśmy zrobić coś polskiego na kolacje, ale ze względu na stan blatów uznałam, że ugniatanie pierogów to zły pomysł. Zrobiłyśmy więc placki bananowe, host je zjadł ze smakiem. Wykąpane i usadowione w ciepłym łóżeczku dostałyśmy propozycję oglądania filmu. Zaproponowałam "Monty Pythona". Lekko przysypiałam, a host co jakiś czas dziwnie na nas zerkał. Po skończonym seansie pożegnaliśmy się.


Leżąc i przysypiając usłyszałam stukanie, host coś chciał. Poprosiłam aby wszedł i wtedy usłyszałam to... Jestem ciekaw, czy mogę przyjść do was ze swoim kocykiem... Pomyślałam szybko o ku#&@  i odpowiedziałam, że wolimy spać same. Mruknął, że próbował i sobie poszedł. Miałam ochotę się spakować i wyjść, ale kompanka nie pochwalała tego pomysłu... Cóż, spałam z gazem pieprzowym i nożem pod poduszką, a drzwi zablokowałam plecakiem. Rano miał nas obudzić i chyba był zdziwiony tym, że plecak blokował drzwi... Cóż. Unikał nas do czasu wyjścia, odprowadził nas do furtki i powiedzieliśmy sobie papa. Niczego nie wyjaśnił, a powinien bo to było niekomfortowe i nie na miejscu. A mówiłyśmy obie, że jesteśmy zajęte i nie kokietowałyśmy go... Myślałam, że było mu głupio i dlatego unikał nas, ale jego reakcja na referencje ukazała mi, że koleś uznał to za nic złego. Chyba naoglądał się za dużo filmów dla dorosłych. Potem śmieszkowałam, że pewnie liczył na trójkąt na brudnych blatach, albo w łazience wśród kęp oślizgłych włosów z niewiadomych miejsc. Brrr.


To była pierwsza taka sytuacja. I nie ostatnia.Z racji tego, że czas gonił starałyśmy się łapać coś dzień i noc. Opuszczając Płowdiw zatrzymało nam się auto do Sofii, początkowo miałyśmy kierować się na Belgrad bo szybciej, ale miałyśmy szczęście. Pewien Bułagr zgarnął nas od Sofii, do Budapesztu (sam jechał do Anglii) i zabrał na obiad do kolegi mamy. Brzmi kochanie, co nie? Też tak myślałam, facet sobie zaczął łamaną angielszczyzną gadać, że "Dżordżi jor bofriend L". Na początku to było zabawne, a potem przestało. Podczas przerwy na drzemkę (która była dopiero na Węgrzech)  w trakcie wybudzenia kompanka do mnie krzyknęła, czy się wyspałam. Gdy kierowca poszedł po kawę wyjaśniła mi, że koleś ją zaczął smyrać po kolanie i nie chciał przestać. Z racji tego, że została tylko godzina do Budapesztu postanowiłyśmy jechać z nim tam, a potem łapać coś na Polskę. Udało nam się złapać rumuńskiego tira, który jechał... Nie pamiętam gdzie, jechał na Bratysławę i Brno. Zdecydowałyśmy się jechać z nim do Brna, a potem łapać coś do domu. Było ciężko, ale udało nam się dostać na granicę Polską. Utknęłyśmy dopiero w Katowicach, jeśli ktoś się zatrzymywał to tylko na pauzę. Dzieliło nas kilka godzin od domu, kompanka zaczęła gadać, że ona chce i musi być rano w domu bo już jest 30 maja. Chciała abyśmy wracały pociągiem, ale ja znalazłam polskiego busa do Torunia po północy. Jej koleżanka zrobiła przelew, a my dostałyśmy się na dworzec i czekałyśmy jakieś 3-4h na bus. W taki sposób skończyła się nasza autostopowa przygoda.



Na koniec mam dla was krótkie podsumowanie. W kolejnym poście podzielę się z wami przemyśleniami co do  pierwszego autostopu.

Zwiedziłam 8 miejscowości:
Rumunia:
-Timisoara- Sybin- Braszów- Busteni-Bukareszt-Mangalia
Bułgaria
-Warna-Płowdiw
Czas wprawy: 
Wyprawa zajęła mi 2 tygodnie, wyruszyłam 16 maja, wróciłam 30 maja.
Przejechałam stopem ponad 4000km.
Koszta:
Wzięłam ze sobą rozmienione na różne waluty 600zł, wyprawa kosztowała mnie ok 450zł. Wliczyłan nieszczęsny mandat.

I najważniejsze. Przeżyłam!
Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz