Próbuje być au pair

Witajcie!


Zostałam au pair, na irlandzkiej wsi pod Corkiem. Pod opieką mam 3 maluchy, roczek, 2.5 oraz 4 latka. Są to  dziewczynki. Mama jest w domu, 2 razy w tygodniu będzie przychodzić albo babcia albo niania gdy mama dziewczynek  pracuje. Nie jestem w domu sama, póki co jest ze mną była au pair z Hiszpanii (R.) i pokazuje mi co i jak. Będę pracować od 8-8.30 do 18.30 przez 3 dni przez 2 dni do 17,30. W dodatku od września najstarsza zaczyna chodzić do przedszkola/żłobka razem z dwulatką. Będę miała 2-3 godziny dodatkowego czasu wolnego.




#Dzień przylotu.
Było ciepło. Przyleciałam o 15.50 czasu irlandzkiego, 16.50 czasu polskiego. Byłam zmęczona, bo musiałam jechać 3 godziny wcześnie rano na lotnisko do innego miasta, a potem czekać na lot. Miałam kontrolę, ze względu na glany i gorset. Za dużo metalu. Z lotniska odebrali mnie hości, okazało się, że szykują grilla i że dziewczynki są z R. i dziadkami w parku. Pojechaliśmy na zakupy do sklepu, gadałam z nimi co jakiś czas. Czasem odpływałam patrząc przez okno oczarowana otaczającą mnie zielenią. Okazało się, że mój pokój, a raczej apartamencik (sypialnia, kuchnio-salon i łazienka) są na ich posesji. W dodatku za płotem mam 2 konie, a naprzeciwko jest farma z wilkami, strusami, pawiami, owieczkami. Magia. WSZĘDZIE JEST ZIELONO! I czuję zapach wsi, coś za czym tęskniłam. R. pokazywała mi co powinnam robić, C. również. Nie zawsze rozumiałam dziewczynki i czasem co ktoś do mnie mówi, ale starałam się zgadywać o co chodzi.  Grunt, że znam najważniejszą rzecz dla dziewczynek. Płynne szczęście. MLEKO.

1 Dzień.




Dalej jest ciepło. Starałam się bawić, mówić do dzieci. Polubiły mój modulowany głos (jak jakiś wiewiór). Najwięcej czasu spędzały z mamą albo R. Nie wiedziałam w co mam ręce włożyć, w Polsce mówiono mi co trzeba zrobić danego dnia,czy podać śniadanie, obiad, zrobić pranie. Tutaj cały czas coś nowego jest  do zrobienia. Cały czas pytałam czy coś zrobić, pomóc. Dzień zleciał szybko, zamiast kończyć 17.30 kończyłam przed 20 ponieważ długo byliśmy na plaży w Clonakilty, warto było. Plaża jest płytka, idealna dla dzieci. Jedyny minus to gnijące wodorosty na plaży (śmierdzu jak diabli) i małe meduzy. Mam trochę muszelek z naszej wyprawy i zdjęć. Cały dzień odnosiłam wrażenie, że mój angielski jest zły, że za mało gadam z dziećmi (serio, czasem nie wiem co powiedzieć i milczę, ale się staram). Cały dzień miała nerwa bo kurier nie dzwonił, a wysyłałam paczkę z dobytkiem do Irlandii. Na szczęście dotarła cała i zdrowa, jedyny minus to to, że kierowca nie mówił po angielsku i był problem mały z dojazdem.



Niespodzianka dnia?
Road Bowling. Poznałam te zawody jadąc po paczkę do pobliskiego baru z hostem. Myślałam, że jest jakaś ustawka na wsi i się zaniepokoiłam. Host tata mi wyjaśnił, że to road bowling i to jest tradycyjny sport/zawody irlandzkie. Grupa ludzi turla metalową piłkę do innej miejscowości. Kto szybciej doturla wygrywa złote trofeum. To bardzo interesujące!



2 Dzień.



Jest lepiej. Więcej gadam z dziećmi i bawiłam się z nimi częściej. Powoli ogarniam, zaczęłam pisać listę rzeczy do zrobienia i mam nadzieje, że zapiszę wszystko co ważne. Poczucie, że robię za mało powoli mi znika. Bawiłam się z nimi w chowanego, goniłam je etc, Po lunchu pojechaliśmy do kolejnej uroczej wioski zwanej Kinsale. Urocze miasteczko! Dzieciaki bawiły się z R, i nianią przez większość czasu, nie dziwie się, dziewczynki znają R i i nianie dłużej niż mnie. Chyba mnie lubią, dostałam po buziaku na dobranoc. W dodatku host tata stwierdził, że mój angielski jest naprawdę dobry (uff, co za ulga). Mam z hostami dobry kontakt, to dobrzy ludzie. Serio, miło się patrzy gdy opiekują się swoimi pociechami. Irlandia podoba mi się coraz bardziej, tunele  z drzew i krzewów podczas jazdy, życzliwość na drogach. Co jakiś czas widzę ruiny zamków, kościołów, wież i popadam w zachwyt. Nie mogę się doczekać kiedy to wszystko zobaczę. Praca jest ciężka, ale chcę tu być. Jestem szczęśliwa.

znalezione w internetach
Niespodzianka dnia?
Kiedy dziecko w Irlandii płacze, musi dostać co chce. Ta dam ._. To coś nowego dla mnie.



Dzień 3.


Byliśmy w Blarney, na placu zabaw. Mama dzieciątek powiedziała mi, że jest tutaj zamek z pięknym ogrodem, ze względu na dzieci nie mogliśmy go zobaczyć. Chyba wrócę tam sama. Opieka nad dziećmi idzie mi coraz lepiej, staram się bardziej rozmawiać z dziećmi. Mam wrażenie że nie jestem dość energiczna (gadałam z host mamą i rzeczywiście, powinnam być bardziej żwawa). Rozmawiałam też o moich godzinach pracy i okazało się, że moje godziny pracy będą elastyczne, najczęściej kończę wtedy kiedy bobas idzie do łóżka. Musiałam o to zapytać, bo potrzebuje czasu na naukę, to dopiero 3 dzień, ale obawiałam się, że nie będę miała na nią czasu. Póki co jeździmy do pobliskich miasteczek i obawiałam się, że potem będę musiała przez te 10 godzin jak nie więcej dzień w dzień pracować, pracować i tylko pracować. Po naszej rozmowie wszystko się wyjaśniło i jestem spokojniejsza. Nie wiedziałam, że podróżować będziemy często aby pokazać mi kulturę, ładne miejsca. Miałam kilku godzinny kryzys pt, "Czy ja sobie radze? Czy jest dobrze? Powinnam zmienić rodzinę?". Przeszło mi i znowu jestem szczęśliwa.



Dzień 4 i 5.

Czwartek był ciężki, nie ogarniałam i host mama się na mnie wkurzyła. Bawiłam się z dzieciakami i organizowałam wszystko, co trzeba. Miałam małego doła, bo odnosiłam wrażenie, że wszystko mnie przerasta i myślałam nad zmianą rodziny. Miałam wrażenie, że nie radze sobie, że nie tak to powinno wyglądać ale... No właśnie. Dopiero zaczęłam, dopiero się uczę jak traktować te dzieci, jak zwracać ich uwagę. Uświadomiłam sobie to dzisiaj, to jest w piątek.. Dzień był bardzo luźny, pracowałam łącznie 5-6 godzin, bo dziewczynki poszły do kina, a bobas sobie spał i teraz znowu mam przerwę, dopóki obecna au pair mnie nie zawoła.  Stwierdziłam, że za bardzo panikuje. Dam sobie czas, widać, że rodzinka nie chce dla mnie źle. Serio, są kochani.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz